Ja: „będziemy podróżować, mieszkać i spać w aucie”. Ona: „Beata, ale jak będziecie kąpać dziecko”? Zaskoczyło mnie to pytanie. Bardzo. Wiele aspektów naszej podróży przemyślałam, ale temu tematowi nie poświęciłam ani chwili. Kwestia była zbyt prosta, aby się nad tym zastanawiać. Choć jak zaczęłam się nad tym zastanawiać to nie było to takie proste. Nie znałam odpowiedzi na to pytanie.

Lubię być przygotowana do grubych tematów. Tak aby czuć się bezpiecznie. Dlatego w kwestii zdrowia i bezpieczeństwa nie ma kompromisów. Jednak we wszystkich innych aspektach życia lubię czasem improwizować. A już szczególnie na wyjazdach. Chyba dlatego odnajduję się w niezorganizowanych podróżach typu backpackers. Wiem, że zawsze i na wszystko jest jakieś rozwiązanie. Tylko trzeba pomyśleć, pokminić, poszukać. Siedząc w Polsce w swoim mieszkaniu z nieograniczonym dostępem do wody, prysznica i wanny ciężko mi przewidzieć co dokładnie mnie w Australii czeka i jakie będą możliwości. To też pozostawiłam temat kąpieli (jak i wiele innych) otwarty. Pożyjemy, polecimy, zobaczymy.

Co kraj to obyczaj. Jeżdżąc po USA korzystaliśmy na przykład z pryszniców na kampingach. Nie nocowaliśmy na nich tylko korzystaliśmy z samej usługi wzięcia kąpieli. Pytaliśmy każdorazowo na recepcji o taką możliwość i koszt i zawsze nam się udawało. Za około 4-10zł mogliśmy skorzystać z pryszniców. W Hiszpanii natomiast było sporo pryszniców przy plażach. Ok., nie do końca były dedykowane kąpielom, a miały służyć tylko do spłukania ciała ze słonej wody morskiej. Ale od czasu do czasu korzystaliśmy z nich myjąc się pod nimi tylko i wyłącznie biodegradowalnymi (!) środkami.

W Australii jednak było nieco inaczej. Okazało się, że na kampingach wcale chętnie nie udostępniają swoich łazienek. Powoływali się na ograniczoną ilość wody (ciepłej?), która ledwo starcza dla gości kempingu. I ani razu nie udało się powtórzyć wygodnego scenariusza z Stanów. Za to w Australii były równie często dostępne prysznice przy plażach. Do tego jest bardzo dobrze rozwinięta infrastruktura dla turystów i często na darmowych „rest area” były prysznice za free. Muszę tu jednak dodać, że w przypadku wszystkich tych darmowych opcjach mieliśmy do czynienia z zimną wodą. Jeżeli chcieliśmy wziąć ciepły prysznic to korzystaliśmy z „truck drivers lounge”. Australia to kraj truckersów. Przewożą wszystko Tirami. Transport drogowy (Tirami) jest niesamowicie ważnym elementem ich gospodarki. Dlatego na trasach wiele stacji benzynowych czy restauracji ma zaplecze dla kierowców.  Można w nich znaleźć odpłatne prysznice, pralki i suszarki do ubrań. Jadąc w kierunku Outbacku niektóre były nawet darmowe. Przynajmniej my na takie trafiliśmy.

Gdzie jeszcze zdarzało się nam kąpać Bubę? A no w rzekach i czyściutkich „waterholach”. Często opłukiwaliśmy ją tylko wodą. Kosmetyki naprawdę nie są tak potrzebne jak nam to reklamy sugerują. Z resztą poczytajcie naturalna pielęgnacja dziecka w podróży, aby się przekonać Jak jeszcze dbaliśmy o higienę dziecka? Zdarzyło się tez kiedyś Alę po prostu przemyć namoczonym letnią wodą ręcznikiem. Ostatecznie co kilka dni nocowaliśmy też w hostelach, gdzie oczywiście zawsze były dostępne ciepłe prysznice.

Powinnam tu nadmienić, że my się zimnej wody nie boimy i nasza Buba na szczęście też nie. Wchodziłam z nią pod zimny prysznic i szybko obmywałam jej ciałko. Cały czas zarażałam ją dobrym humorem i traktowała zimną kąpiel jak świetną zabawę. Zresztą małe dzieci mają sporo brązowego tłuszczu dający im lepszą tolerancję na zimno. To chyba dlatego dzieciaki niezależnie od temperatury rwą się do morza, rzeki itp. A dorośli patrzą z brzegu z niedowierzaniem.