Jadąc z małym bobasem do Australii na wakacje byliśmy przygotowani na różne niebezpieczeństwa. Szczególnie dzikie i często jadowite zwierzęta mogą stanowić zagrożenie. Przynajmniej wszyscy wokoło nas nimi straszyli. Znajomi i rodzina powtarzali, że w Australii wszystko chce Cię zabić…

Na przekór opinii znajomych wybraliśmy Australię jako cel podróży właśnie ze względów bezpieczeństwa. Kraj ten jest niezwykle bezpieczny, średnia życia wysoka (mimo tej całej bandy jadowitych pajęczaków i innych nieprzychylnych ludziom „gadów”), a opieka medyczna jest na naprawdę wysokim poziomie.

Unikanie zagrożeń

Podczas pobytu na odległym kontynencie staraliśmy się w pierwszej linii unikać potencjalnych zagrożeń. Wybieraliśmy bezpieczne miejsca i nie chodziliśmy pływać z krokodylami ani rekinami. Nie głaskaliśmy też węży ani milutkich pluszowych pająków. 😉
A jednak stało się! Nasza niespełna 8-miesięczna Ala trafiła do szpitala…

A miał to być taki luźny dzień na odpoczynek. Totalny chill out po 2 tygodniach intensywnego jeżdżenia, zwiedzania i odkrywania australijskiej przyrody. Nic tylko plażing i smażing. Jechaliśmy autem i już niewiele kilometrów dzieliło nas od docelowego kurortu Mission Beach. A tu nagle Ala zaczyna wymiotować. I to nie takie sobie ulanie tylko regularne intensywne wymioty. Taka fontanna prosto z żołądka. Zatrzymaliśmy się natychmiast na poboczu, aby Młodą wyciągnąć z fotelika. Baliśmy się, że się zadławi swoimi wymiocinami. Sądziliśmy, że zakrztusiła się chrupkami, które po drodze jadła. Ogólnie całe dziecko było do przebrania, a fotelik do mycia. Ruszyliśmy dalej. Nie minęło 15 minut – powtórka z rozrywki. Ledwo dojechaliśmy na parking pod Informacją Turystyczną, a tam incydent się znów powtórzył. W ciągu 3 godzin miała 4 napady wymiotów. Baliśmy się, że może się odwodnić.

Najgorsze u takiego małego dziecka jest to, że nie powie co mu jest. Jak się czuje i czy coś go boli. A może połknęło coś pod naszą nieuwagą. Choć z tym ostatnim było ciężko, bo akurat jeżdżąc po Australii Ala była cały czas pod nasza opieką i nadzorem. Nie puszczaliśmy jej nigdzie samej, nie odkładaliśmy na podłogę bez nadzoru. A jako, że się jeszcze mało przemieszczała, nie uciekała nam też nigdzie z pola widzenia. I zawsze była najwyżej na metr od jednego z nas.

Ambulans i szpital

To był pierwszy taki zdrowotny incydent Ali. Martwiliśmy się. Zatem postanowione – jedziemy do lekarza. Jako, że staliśmy na parkingu pod IT szybko się dowiedzieliśmy gdzie jest najbliższy ambulans, a gdzie szpital. Najpierw pod ambulans. Przyjął nas młody, bardzo opalony i nie powiem – przystojny 😉 – lekarz. Obejrzał Alę i stwierdził, że na chorą ani osłabioną nie wygląda.
Jeśli już znacie Alę – chociaż ze zdjęć – to wiecie, że jest dobrze (!) zbudowana. Miała wtedy spore zapasy sadełka. J Do tego jest bardzo społeczna i na widok ludzi zaraz się cieszy. Do lekarza też się szczerzyła i obdarowywała go największymi uśmiechami.

Powiedzieliśmy jakie mamy podejrzenie. Winowajcą tego zatrucia jest prawdopodobnie makaron. Makaron, który był wieczorem ugotowany, a przez noc leżał poza lodówką. Zjadła nad ranem kilka takich wstążeczek. A po kilku godzinach czuliśmy, że makaron zaczyna być nieświeży. I choć z mężem też jedliśmy nad ranem ten sam makaron i nam nic nie było. To jednak Ala miała jeszcze bardziej wrażliwy układ pokarmowy i żołądek zareagował na namnażające się tam bakterie.
Byłam naprawdę zaskoczona co australijski lekarz nam zalecił! Powiedział, że dziecko po prostu musi się pozbyć tego zatrutego jedzenia oraz bakterii i bardzo dobrze, że wymiotuje. I żeby niczym tego procesu nie powstrzymywać. Tylko obserwować, aby nie doszło do odwodnienia. Bardzo racjonalne podejście. Choć przyzwyczajona do polskich realiów, gdzie na wszystko od razu daje się tabletki i inne farmaceutyki, byłam tymi zaleceniami jednak zaskoczona. Taki mały szok kulturowy. Ale pozytywny. 🙂

Jako, że Ala jeszcze była mała (w sensie młoda) lekarz zalecił, żebyśmy mimo wszystko udali się z nią do szpitala na kontrolę. Tak też zrobiliśmy. Gdy dotarliśmy do szpitala Ala już od ponad godziny ani razu nie miała nawrotu wymiotów. Odsypiała w aucie ten ciężki poranek.
Pani w szpitalnej rejestracji przywitała nas cennikiem. Ostrzegła, że wizyty są płatne i żebyśmy najpierw spojrzeli na ceny. Nie powiem, miłe… :/
Właśnie na takie okazje kupiliśmy przed podróżą obszerne ubezpieczenie zdrowotne. I nie zawahaliśmy się wziąć te koszta hospitalizacji na siebie (w sensie na ubezpieczyciela).

Najzdrowsza pacjentka na oddziale

Ostatecznie Ala spędziła w szpitalu 3 godziny na obserwacji. Zrobili kilka nieinwazyjnych badań (typu pomiar tętna, zmierzenie temperatury ciała) i po prostu obserwowali. I przez te 3 godziny stała się maskotką szpitala. Co chwilę przychodził to kolejny lekarz to kolejna pielęgniarka, bo słyszeli, że tu taki fajny bobasek jest. I przychodzili się pobawić z Alą, która była wniebowzięta. No i nie wykazywała ani jednego objawu jakiejkolwiek choroby. Za to wręcz szalała na szpitalnym łóżku.

Jak wyszliśmy ze szpitala było już popołudniu. Słońce powoli zachodziło. I tyle po naszym plażingu i smażingu. Mieliśmy za to hospitaling i żygaling. 😛

Puenta

Po pierwsze - nie podawaj małemu dziecku nic co może mieć znamiona nieświeżości. Po drugie – przed każdą podróżą z dzieckiem zabezpiecz się w dobre ubezpieczenie zdrowotne (więcej na ten temat we wpisie - Praktyczne porady część I). Po trzecie – słuchaj się przystojnych lekarzy 😉 (ale tylko jak dają dobre rady).

 

Unable to display Facebook posts.
Show error

Error: Error validating application. Application has been deleted.
Type: OAuthException
Code: 190
Please refer to our Error Message Reference.

  • Bodych Travellers

    My zaliczyliśmy szpital w Kanadzie z córką. Potwierdzam: Słuchać się lekarza, gdy mądrze mówi (nasz też był przystojny?) i znaleźć dobre ubezpieczenie zdrowotne przed wyjazdem.

    • Mam nadzieję, że u Was też dzieciak szybko wrócił do zdrowia. Hmmm, co nasi lekarze robią nie tak, że nie są tacy przystojni…? 😉

    • Naturi Naturalnie

      Mam nadzieję, że u Was też dzieciak szybko wrócił do zdrowia. Hmmm, co nasi lekarze robią nie tak, że nie są tacy przystojni…?! 😉