A może by tak na wakacje pojechać do miejsca bezludnego, gdzie nie ma wody, brak roślinności i temperatury sięgają 50 stopni? O tak – ja poproszę! Ale max na 1-2 dni. Więcej trudno tu wytrzymać.

Mowa o Dolinie Śmierci. Jest to jedno z najgorętszych miejsc na świecie. Swoją jakże urzekającą nazwę otrzymała od osadników, którzy przybyli tu w latach 40-tych ubiegłego wieku. Po co przybyli? Przybyli w gorączce złota. Dolina śmierci nie jest zupełnie martwa. To nie prawda, że nic tam nie ma. Jest wiele. Najwięcej tu jest słońca i nieznośnego upału. Szczególnie latem. Jednak jest też złoto, srebro, miedź i boraks. Oprócz tego jest tam… bardzo nietypowo. Trochę jak na innej planecie. I po to właśnie warto pojechać do Death Valley.

Ciągnie mnie (bardzo) w nietypowe miejsca. Lubię poznawać odmienne oblicza ziemi. Przecież świat ma nam tyle do zaoferowania. Jest tak różnorodny. A większość z nas przez życie widzi tylko mały ułamek tego piękna, jakie natura stworzyła. Zależnie od rejonu i od klimatu powstały różne i jednorazowe formacje, minerały, flora i fauna. Ja chcę jak najwięcej z tych dobrodziejstw zobaczyć! Jak najwięcej świata doświadczyć. Po to, by ciągle na nowo zachwycać się Ziemią, zachwycać się życiem.

Dlatego Death Valley było obowiązkowym punktem na naszej liście. Pokaż mi Ziemio swoje surowe oblicze!

Już okolice Parku Narodowego zapowiadają co nas będzie czekać. Jadąc w kierunku Doliny Śmierci - z każdym kilometrem jest coraz mniej roślin, jest coraz mniej życia.

Do Parku dojechaliśmy nad ranem. Wjechaliśmy od zachodniej strony – przy Father Crowley Point. To nie było najlepsze rozwiązanie. Zazwyczaj każdy park zwiedzamy zaczynając od Visitor Center, zapoznaniu z mapkami, które w tych centrach można otrzymać i od zasięgnięciu języka co obecnie warto zobaczyć, a co niekoniecznie. Jednak jadąc od zachodniej strony – nie natrafimy na żaden Visitor Center ani mapy. Po prostu nie ma nic. Długo się też zastanawialiśmy czy już jesteśmy w Parku, czy jeszcze nie.

Przed ruszeniem wgłąb parku chcieliśmy zjeść śniadanie. W jakimś urokliwym miejscu najlepiej. Ale byliśmy naiwni! 😀 Była chyba 8 rano, a termometry już wskazywały około 30 stopni. O jakimś zadaszonym miejscu na posilenie się mogliśmy tylko pomarzyć. O jakimkolwiek cieniu też. Śniadanie zjedliśmy ostatecznie w jedynym dostępnym cieniu… Był to cień rzucany przez kamień pamiątkowy Father Crowley Point.

Widok z tego miejsca jest niesamowity. I… oszukańczy. Naprawdę cała nasza trójka z początku była przekonana, że widzimy w oddali płytkie rozległe jezioro. Tak się lśniło, tak się słońce od tafli wody odbijało… Przy bliższym spojrzeniu dostrzegliśmy, że przez środek tego „jeziora” prowadzi droga, którą mamy jechać. Trochę dziwne, nie?

I już wiemy jak powstaje fatamorgana. 😀 I wiemy jak realistycznie ona wygląda. I wcale nie trzeba być spragnionym, by widzieć wody tam, gdzie jej nie ma. Im byliśmy bliżej tej „wody” tym ona się przesuwała dalej i odsłaniała prawdziwe pustynne oblicze tej powierzchni. Nie było ani kropli wody. Była tylko wysuszona i popękana skorupa ziemi.

Pojechaliśmy w dół – w kierunku tego nieistniejącego jeziora. Ciekawe doświadczenie. Wszędzie pusto. Po lewej i po prawej rozciągały się połacie popękanej skorupy ziemi. A w oddali z każdej strony góry. To właśnie te liczne łańcuchy górskie tworzą ten suchy klimat Doliny Śmierci. Zanim tu jakiekolwiek chmury dotrą, „rozbiją” i „wypadają się” już na szczytach górskich. Stąd deszcze to rzadkość na tej pustyni. Pada tu średnio 1 może 2 razy w miesiącu. A były też lata, w których nie zanotowano żadnego deszczu. 

Miejsce to ma coś magicznego w sobie. Idealne tło na sesję zdjęciową. Więc się nieco pobawiliśmy. Na tyle ile temperatura pozwalała. Nieziemskość tego obszaru zachęciła też twórców Star Wars do kręcenia tu kilku fragmentów tego kultowego filmu.

Jadąc dalej przez drogę przemknęło nam życie! Wow, nie jesteśmy tu sami. Ktoś tu żyje i mieszka. Kojoty! Zbliżają się nieśmiało, ale zdeterminowanie w kierunku turystów. Napędzane przez głód i pragnienie. Choć są dostosowane do panujących tu warunków to oczywiście miską wody nie pogardzą.

Dolina Śmierci to w sporej większości popękana zasolona skorupa, formacje skalne, wąwozy i pagórki. Są jednak też fragmenty pustyni piaszczystej (np.Mesquite Flat Sand Dunes).

Jadąc dalej dotarliśmy do ruin kopalni boraksu. Niemal w biegu obejrzeliśmy te pozostałości i stylowy pojazd z wagonami. Było już niemiłosiernie gorąco. I każda wysiadka z klimatyzowanego auta wymagała nieco samozaparcia. 😉
Jednak właśnie ten niesamowity gorąc potęgował wrażenia. Potęgował też uznanie dla ludzi, którzy w tych skrajnych temperaturach pracowali. Ostatecznie kopalnie zamknięto, gdy odkryto w innych rejonach, o bardziej ludzkich warunkach klimatycznych, pokłady boraksu. Tam prace wydobywcze odbywały się w mniej morderczych warunkach.

Gdy dojechaliśmy do Visitor Center, który znajduje się przy wschodniej granicy Parku, bardzo rozbawiły mnie znaki wskazujące kierunek do wody. Nie WC, nie restauracja, nie pamiątki, ale górowały tu przede wszystkim napisy „Woda” i strzałki kierujące człowieka w odpowiednie miejsce. Sami w pierwszej kolejności właśnie tam się udaliśmy by obmyć spocone twarze.

Teraz dowiedzieliśmy się też jaka temperatura przez ostatnie godziny nam towarzyszyła. Było 45°C. To dość sporo, ale jeszcze nie max możliwości tego parku. W lato temperatura sięga też 50 stopni. A rekordowa temperatura to 57,7°C. Bez klimy w aucie ani rusz.

Całą naszą trasę po Stanach znajdziecie tutaj: USA trip 2 (link)


Jeżeli podobał Ci się wpis - polub nas na Facebooku. Dzięki temu będziesz na bieżąco, a nam będzie bardzo miło gościć Cię na naszym profilu 😀

Unable to display Facebook posts.
Show error

Error: Error validating application. Application has been deleted.
Type: OAuthException
Code: 190
Please refer to our Error Message Reference.