Dziecko wcale nie musi być przeszkodą w realizacji swoich marzeń. Mi moja dzidzia pomogła zrealizować marzenie podróżnicze, do którego dążyłam od 20 lat.

W wieku 10 lat widziałam pierwsze fotorelacje z Australii. Byłam nimi zachwycona. Ciocia pożyczyła mi kilkaset rolek z wywołanym filmem z australijskiej wyprawy. Wieczorami wieszałam na szafie białe prześcieradło, wyciągałam rzutnik na przeźrocza i przerzucałam kolejne szufladki ze zdjęciami. Jak zafascynowana patrzyłam na te zdjęcia. Przenosiłam się w ten piękny świat. Dzika dżungla, soczysta zieleń, olbrzymie termitiery, klimatyczne miasteczka jak z westernu, kolorowe ptactwo i te wszystkie endemiczne dzikie zwierzęta…

Zarażona bakcylem podróżniczym

Stało się! Połknęłam bakcyla. Bakcyla podróżniczego. Wiedziałam, że kiedyś także moja noga stanie na tym kontynencie. Jednak miało minąć jeszcze wiele, wiele lat. Najpierw byłam za młoda, później nie miałam wystarczająco pieniędzy, a następnie zbyt zapracowana i nie było czasu. Australia jest na tyle daleko i na tyle droga, że nie planuje się wyjazdu jako last minute ot tak na krótki tygodniowy urlop. I choć było mi dane zwiedzić różne inne odległe zakątki świata, to do Australii nigdy jakoś nie było po drodze. W końcu sobie sama obiecałam, że jak wyjdę za mąż, to podróż poślubna musi być do kangurolandii. Jednak i wtedy tak się nie stało. Podróż poślubna odbyła za oceanem, ale do USA, a nie AU. Jednak mój mąż podchwycił temat i postanowił, że całe pieniądze ze ślubu odłożymy na wyjazd do Australii. I tak zrobiliśmy. Choć zupełnie nie wiedzieliśmy jak długo te pieniądze będą leżeć i czekać…
Pieniądze już były. Ale co z czasem? Nie myślałam o tym. Wiedziałam, że kiedyś jakoś się uda.

Plany rodzinne vs plany podróżnicze

Z czasem po ślubie zapragnęliśmy, jak to młode małżeństwo, powiększyć swoją dwuosobową rodzinkę. Oczywiste dla mnie było, że pójdę na roczny urlop macierzyński. Chciałam doświadczyć takiego prawdziwego intensywnego życia rodzinnego, no i chciałam być blisko mojej pociechy – nie tylko popołudniami.
Nie wiem dokładnie kiedy to było, ale musiałam już być w dość zaawansowanej ciąży, gdy pojawił nam się pomysł na realizację marzenia. Urlop macierzyński miał być idealnym czasem na australijską podróż. Ja na urlopie macierzyńskim, mąż działał na swoim i miał taką pracę, które mógł zdalnie realizować. Czy taki czas i szansa się nam kiedyś powtórzą?

Niemowlak wśród kangurów

A co z dzieckiem? Jak to co – pozna kangury i dingo w wieku kilku miesięcy. 😉 I choć wokoło ludzie patrzyli na nas z niedowierzaniem słysząc o naszym pomyśle – my nie mieliśmy wątpliwości co do słuszności naszej idei. Rodzice wręcz byli przekonani, że jak pojawi się już dzidzia zmienimy szybko zdanie i zrezygnujemy z wyjazdu. Namawiali nas nieustannie, aby wstrzymać się z kupnem biletów do porodu dziecka. I tak też zrobiliśmy. Poczekaliśmy. Kto wie, może rzeczywiście dziecko wszystko zmienia i wraz z jego pojawieniem zrezygnuję z podróżniczych marzeń na rzecz domowej strefy komfortu.

Dzidzia się urodziła w listopadzie. W grudniu rozglądaliśmy się za biletami lotniczymi i zaczęliśmy wyrabiać paszporty (lot był w czerwcu, gdy Ala miała 7 miesięcy). Okazało się, że dziecko może i zmienia przebieg dnia i priorytety. Ale nie pozbawia nas naszej tożsamości ani marzeń. Pobudza za to do bardziej kreatywnego myślenia i kombinowania. Do planowania podróży trzeba po prostu podejść nieco inaczej – uwzględniając wszystkie potrzeby dziecka. I nie zgodzę się tu z opinią, że potrzebą dziecka jest notoryczne przebywanie w domu lub na spacerze wokół domu. Nasza Ala podczas podróży sprawowała się świetnie i cieszyła się ilością niecodziennych wrażeń i doznań. Będąc w domu nigdy nie spędzilibyśmy tyle czasu razem jako rodzinka. Na wyjeździe Ala miała naszą bliskość zapewnioną 24 h na dobę.

Czy każdemu taki wyjazd polecam? Nie! Takie wyprawy nie są dla wszystkich. Dla niektórych mogą przerodzić się w męczarnie. Temat rozwinęłam w poście Czy warto wybrać się na daleką wyprawę z małym dzieckiem.

My absolutnie nie żałujemy. Z dzidzią zrealizowaliśmy kawał marzenia (i ten o dziecku i ten o Australii). Jak widać dziecko nie musi być przeszkodą w zdobywaniu świata, a może nawet co nieco ułatwić. Prawdą jest, że nasz wyjazd był zgoła inny niż jakbyśmy jechali bez dzidzi. I prawdą jest, że zobaczyliśmy mniej niż jakbyśmy jechali bez dziecka. Jednak zobaczyliśmy jednocześnie dużo więcej niż gdybyśmy zostali w domu.