Pielęgnacja ciała małego dziecka może świeżo upieczone mamy przysporzyć o zawrót głowy. A już szczególnie jeśli trzeba spakować wszystkie kosmetyki w podróż. Co tu zabrać? Jak się weźmie wszystko co niezbędne to potrzebna będzie osobna torba. Czy aby na pewno tak musi być?

Pudry, mgiełki, balsamy, mleczka, emolium, olejki i oliwki. Do tego maść przeciwko odparzeniom i na odparzenia. No i przecież czymś trzeba smarować delikatne ciało dziecka, żeby skóra się nie przesuszyła, a to jako ochrona przeciwsłoneczna przed opalaniem i coś po opalaniu. Filtr UV 5 na zachmurzone dni, 50 na słoneczne. I jeszcze do mycia - mydła i szampony… Jednak czy to nie za dużo? Z czego tu zrezygnować? Przecież co jak co – ale dziecko trzeba pielęgnować. Prawda. Jednak może to być pielęgnacja zarówno prosta jak i naturalna. I na pewno wyjdzie  dziecku na zdrowie jeśli ograniczymy ilość sztucznych substancji nanoszonych na skórę.

Ciemna strona kosmetyków

Skóra to organ, który z jednej strony jest barierą, ale nie jest on zupełnie szczelny i dość dobrze chłonie. Najlepszym dowodem, że skutecznie potrafi chłonąć jest działanie naklejanych na skórę plastrów antykoncepcyjnych i nikotynowych. Substancje te ewidentnie wędrują do krwiobiegu po naklejeniu na ciało. Czy zatem chcemy wystawiać ciała naszych dzieci na działanie szkodliwych substancji jak np. parabeny, pochodne formaldehydów czy detergenty (jak SLS)? Naukowcy wciąż się kłócą na ile składniki kosmetyków są szkodliwe i w jakich ilościach. Jednak wystarczy fakt, że osoby bardziej wrażliwe od razu reagują reakcjami skórnymi i alergiami – co świadczy o tym, że substancje te na pewno nie są dobroczynne dla naszych organizmów. Wiele związków może się też akumulować w organizmie prowadząc do długotrwałych powikłań mieszając w metabolizmie i gospodarce hormonalnej.

Kiedyś takiego „dobrobytu” preparatów do pielęgnacji nie było. Nasze babcie i ich mamy radziły sobie wspomagając się kilkoma prostymi recepturami i korzystając z dobrodziejstw natury. I też działało.

Jaki zatem jest sens w wydawaniu ogromu pieniędzy na dziesiątki (zbędnych!) kosmetyków? Wygoda? Tylko pozornie. Jeśli zna się kilka rozwiązań to okazuje się, że naturalna pielęgnacja jest banalnie prosta. I jest ona dostępna dla każdego.

Naturalna kosmetyczka

Co zatem zabrać do naszej naturalnej kosmetyczki? Wystarczy marsylskie mydło, trochę mąki ziemniaczanej, masło Shea. Tak, to wszystko. Jeśli jedziemy na wakacje letnie w bardzo słoneczne rejony to możemy nabyć jeden dobry, ekologiczny krem przeciwsłoneczny z wysokim filtrem. Nic więcej nie potrzeba.

Jako delikatna ochrona przeciwsłoneczna z naturalnym filtrem SPF 3-4 stosujemy masło Shea. Przy małych dzieciach lepiej unikać nadmiaru słońca w godzinach południowych. Jeśli nie jest to jednak możliwe, to można pokusić się o zastosowanie dobrego kremu z wysokim filtrem. My w Australii, ze względu na dużą dziurę ozonową, stosowaliśmy czasami taki krem. Choć zdecydowanie preferowaliśmy naszego bobasa po prostu trzymać w cieniu niż smarować kremami. W zimowe wakacje z kolei sprawdzi się doskonale jako ochrona przed mrozem.
Masło Shea sprawdzi się doskonale do nawilżania ciała. Choć zalecam stosowanie go tylko wtedy, gdy rzeczywiście skóra jest sucha, a nie na wszelki wypadek.
Zdrowa skóra potrafi się doskonale sama natłuszczać, zatem nie ma sensu wyręczać jej z tego zadania. Żadne „najlepsze” i najdroższe substancje nawilżające nie będą lepsze od naturalnych mechanizmów ochronnych. Choć reklamy czasami głoszą coś innego – naukowcy jeszcze nie rozpracowali całej tak złożonej fizjologii człowieka, aby móc ją imitować czy wręcz udoskonalać.

Najzwyklejsza mąka ziemniaczana znajdzie swoje zastosowanie na odparzenia. Zarówno te powstałe od potu i wilgoci jak i odparzenia pieluszkowe. Jeżeli dziecko ma skłonności do odparzeń można regularnie pupę posypywać mąką każdorazowo przy zmianie pieluszki. U nas takiej potrzeby nie ma i posypujemy tylko od czasu do czasu, gdy widzimy, że coś zaczyna się dziać (lekkie zaczerwienienie).

Do mycia i kąpieli zarówno ciała jak i głowy małego dziecka wystarczy nam marsylskie mydło. Tak jak masło Shea i mąka – jest ono przyjazne dla środowiska. Toteż nie będzie większego problemu w razie potrzeby przemyć dzieciaczka np. w rzece.

Mąka, mydło marsylskie, masło Shea – to sprawdzony niezbędnik kosmetyczny małego podróżnika. My je zabieramy nad morze, w góry i za granicę. Sprawdziło się na krótkich wypadach po Polsce jak i na miesięcznej wyprawie po Australii. Na takiej pielęgnacji skorzysta zarówno zdrowie dziecka jak i przyroda. Na koniec dodam, że taka naturalna kosmetyczka zamknie się w cenie 20 złotych. Zaoszczędzone pieniądze można zatem przeznaczyć na pamiątki z podróży lub odłożyć na kolejne wojaże 😀


Polub nas na Facebooku 🙂

Unable to display Facebook posts.
Show error

Error: Error validating application. Application has been deleted.
Type: OAuthException
Code: 190
Please refer to our Error Message Reference.