Poród dziecka nie musi być traumą. Ba, nie powinna nigdy być traumą! Nie powinien też być traktowany jako „zabieg medyczny”. Przecież to tak naprawdę najpiękniejsze rodzinne przeżycie! Aby tak się stało musisz się odpowiednio przygotować.

Jestem jedną z tych nielicznych osób, która poród dziecka wspomina rewelacyjnie. I nie oznacza to, że byłam wolna od lęku, zwątpienia czy fizycznego bólu. Jednak byłam odpowiednio przygotowana. Od początku nastawiałam się – co Was zapewne nie zdziwi – na naturalny poród. Wiedziałam, że jest to do zrobienia. Kurcze, nasze mamy, babki i wszystkie wcześniejsze też dawały radę (ok, z wyjątkami). Przecież tak nas kobiety natura stworzyła i odpowiednio wyposażyła, aby urodzić dziecko. Prawda, że zdarzają się przypadki kiedy naturalny poród nie jest wskazany lub możliwy. Jednak poza tymi wyjątkami to jest to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Obecnie się już tak nie myśli. Często kobiety pracują do ostatniego dnia ciąży pochłonięte codziennymi obowiązkami. Nie myślą nawet o tym, aby siebie, ciało i dziecko przygotować. Poród traktują jako zło konieczne, o którym lepiej nie myśleć i udawać, że przez 9 miesięcy ciąży je to nie dotyczy. A potem nadchodzi ten dzień. I jest pełny zaskoczenia. To tak, jak służby drogowe „nagle” zaskakuje co roku spadający śnieg. Te przyszłe mamy, myślą, że to takie trudne i że się nie da… I jak już jest po wszystkim to jak najszybciej o tym okropnym wydarzeniu chcą zapomnieć, wymazać z pamięci. Najlepiej na zawsze.

Jeśli nie chcesz, aby tak było w Twoim przypadku to weź sprawy w swoje ręce i skorzystaj z szeregu dobrodziejstw, które pomogą Ci ten dzień dobrze znieść. Musisz się przygotować zarówno psychicznie jak i fizycznie i do tego wybrać najlepsze dla siebie miejsce porodu.

Zajmę się tu ostatnim punktem, bo wybór miejsca, w którym ma przyjść na świat nasze dziecko jest często niedoceniany. A jest on często kluczowy! Możesz się nie przygotować fizycznie i nie czytać żadnych motywujących treści, ale znajdź dla siebie najlepsze miejsce do porodu. Takie, w którym będziesz czuła się bezpiecznie i komfortowo. Bo na nic Ci pozytywne nastawienie jeśli położne Cię zestresują albo po prostu porodówka odraża postkomunistycznym wyglądem i zapachem. I dowiedz się jakie są pokoje i warunki dla matek (z dziećmi) po porodzie. Najlepiej pójść zwiedzić kilka potencjalnych szpitali czy domów porodu i wypytać o wszystkie aspekty, które mają dla Ciebie znaczenie.

A może w ogóle nie pasuje Ci wizja porodu w obcym miejscu i marzysz o domowym rozwiązaniu?

Pokój rodzinny

Ja wybrałam pośrednią opcję. Rodziłam w szpitalu, ale prywatnym. Do tego zdecydowałam się na pokój rodzinny. I to był strzał w dziesiątkę. Pokój rodzinny to taki, w którym osoba Ci bliska (np. partner) może być cały czas przy Tobie, a później przy Tobie i dziecku. Jest z Tobą od początku do samego końca, czyli aż do wypisania do domu. Nasz pokój rodzinny był tak wyposażony, że czuliśmy się jak w domu lub hotelu. I muszę przyznać, że było to warte każdej złotówki. Właściwie to tak trochę jakbym miała domowy poród, bo do samego rozwiązania, przebywałam w pokoju. Czułam się jednocześnie bardzo komfortowa (ok, poza bólami porodowymi), a przy tym bezpiecznie, bo byłam pod opieką lekarska. I wiedziałam, że jakby poszło coś nie tak, to lekarze są w stanie szybko zareagować – chociażby decyzją o cięciu cesarskim.

Po porodzie

Do sali porodowej trafiłam jedynie na ostatnie 10 minut porodu. Wtedy już poszło błyskawicznie. Gdy nasza Ala już była na świecie, okazało się, że są wątpliwości, czy aby na pewno całe łożysko wyszło. Brakowało jakiegoś malutkiego fragmentu. Dlatego zapadła decyzja o wprowadzeniu mnie na chwilę w narkozę, aby mnie wyczyścić (czy jak kto woli - wyłyżeczkować). Przy okazji założyli jeden mały szew przy cewce moczowej, przy której delikatnie skóra pękła. Całość zabiegu trwała 15 minut. Później przeszliśmy z maleństwem na 2 godziny na salę poporodową, a już później wróciliśmy do naszego pokoju rodzinnego. I tam spędziliśmy kolejne 2,5 dnia. Już jako pełna rodzina! Wszyscy w trójkę. I to był niesamowicie cudowny okres. Śmiem nawet stwierdzić, że były to jedne z najpiękniejszych chwil (o ile nie najpiękniejsze) w moim życiu.

Wszystko przechodziliśmy z mężem razem. Pierwsze przewijanie (smółki!), pierwszy płacz i już pierwsze obawy o dziecko. Ala miała bardzo suchą skórę (tak nam, niedoświadczonym rodzicom się przynajmniej wydawało) i zaraz poleciało jedno z nas do położnych się skonsultować. Okazało się, że to zupełnie normalna reakcja skórna na zmianę środowiska (zmiana wód płodowych na powietrze). Wspólnie zachwycaliśmy się maleństwem i fascynowaliśmy się wszystkimi pierwszymi reakcjami i zachowaniami naszej córeczki. I mogliśmy się tymi niesamowicie silnymi emocjami dzielić. Do tego zawsze mąż był „pod ręką” tak, że nie bałam się pójść na chwilę do łazienki czy pod prysznic. Wiedziałam, że dzidzia jest wtedy w najlepszych możliwych (po moich!) rękach ;).
Móc być w dwójkę przy dziecku od pierwszych chwil życia jest po prostu niesamowite. Wtedy żaden strach nie jest tak silny, jak by się było samemu. A wszystkie pozytywne emocje są jeszcze głębiej przeżywane, bo można się nimi dzielić i nie są przyciemnione różnymi lękami rodzicielstwa.

Możliwe, że jest inaczej przy kolejnym dziecku. Jednak przy pierwszym, gdy wszystko jest nowe i nieznane obecność zaufanego partnera 24h na dobę jest niezastąpiona. I za nic bym tego nie oddała i na nic bym tego nie zamieniła. I wiem jedno na pewno. Jeśli przyjdzie mi mieć kolejne dziecko (dzieci?) to na bank chcę mieć pokój rodzinny!