Podróżowaliśmy już wiele, ale ten wyjazd był szczególny. Szczególny pod względem ilości niepowodzeń i wpadek jakie zaliczyliśmy. Jak zaliczyć wszystkie możliwe wpadki podróżnicze podczas jednego wyjazdu – część 2.

Z pierwszej części wiecie już dlaczego lepiej nie lądować w godzinach wieczornych, jakie mieliśmy przygody z zamówionym autem, które na nas nie czekało i dlaczego dobrze, że ostatecznie płaciliśmy za nie kartą debetową, a nie kredytową. Jeśli jeszcze nie czytaliście – podaję tutaj link.

Z pierwszej części wynieśliśmy już 5 lekcji. Czas na kolejne... Przejdźmy zatem do najgorszego co może się podczas urlopu zdarzyć.
Wypadek.

Wypadek

Jesteśmy dopiero kilka dni w Hiszpanii. Niemal cała trasa jeszcze przed nami. Zatrzymaliśmy się wyjątkowo na 2 dni na campingu (większość nocy spaliśmy w aucie), aby na spokojnie zrobić pranie, wyprostować kości, odpocząć.
Tego dnia wiatr wiał bardzo mocno. I choć plaża była zaraz przy campingu to w ten dzień zdecydowana większość osób pozostawała na campingu. Plaża była opustoszała. Jedynie my i kilku surferów postanowiło skorzystać z (nie)pogody. Oddaliliśmy się o kilkadziesiąt metrów od grupy windsurferów i mieliśmy spory kawał plaży właściwie tylko dla siebie. Kąpieli morskiej już wyczekiwaliśmy jak mało czego. Arek postanowił zanurzyć się w wodzie. Mi było za zimno, nieprzyjemnie. Arek wszedł na chwilę do morza. Minutka, dwie. Tyle wystarczyło.
Akurat wpływał pod falę, gdy z dość dużą prędkością w jego kierunku zbliżał się ktoś na desce windsurfingowej.
Prosto w kierunku Arka.
Jakby przestrzeń na morzu była mała…
Tyle miejsca z każdej strony.
Zero ludzi. Tylko Arek i ta jedna deska!!!
Ta jedna deska, która przejechała… po jego głowie!!!
Na samo wspomnienie tego widoku ciarki mnie przechodzą.

Co teraz?
Wypłynie?
Żyje?

Było dość płytko. Arek wstaje.
Trzyma się od przodu za głowę.
Po jego całych dłoniach, ramionach i ciele spływa krew mieszająca się z wodą.
Idzie bardzo chwiejnym krokiem w kierunku plaży i krzyczy do mnie: „Wołaj pomoc!”.

To naprawdę nie była plaża jak nasze polskie w czasie sezonu. Plaża przeogromna i bardzo szeroka. A na niej pustki.

Zabrałam czym prędzej nogi za pas i biegłam w kierunku najbliższego skupiska ludzi – czyli grupa windsurferów. Biegłam i tylko krzyczałam ile tchu w płucach: „Help, he needs help! H E L P!”
Tak, scena zdecydowanie jak z filmu. Kilku surferów widziało, że coś się dzieje i już biegło w kierunku Arka.

Nie wiedzieliśmy co dokładnie zostało uszkodzone. Sporo krwi spływało z jego głowy i oko miał całe zalane krwią. Do tego mówił, że nic na to oko nie widzi.

Dziwne jak szok działa na ciało człowieka. Mimo, że byłam przerażona to byłam w 100% opanowana. W myślach mi chodziły pytania czy będzie żył, czy zaraz nie straci przytomności, czy nie stracił oka. Ale byłam opanowana. Na szczęście cała grupa ludzi (w tym student medycyny) już przejęli myślenie i działanie za mnie.

Jako, że to miał być tylko krótki kilkuminutowy wypad na plażę – nie wzięliśmy żadnych dokumentów ze sobą. Czekając na karetkę szybko popędziłam na camping. Wzięłam tylko torbę z papierami i biegiem w kierunku ulicy gdzie miała przyjechać karetka (w tym czasie surferzy przenosili Arka na drabinie robiącej za nosze do karetki). Droga była daleka. Pewna rowerzystka widząc mój szał zeskoczyła ze swojego roweru i mi go odstąpiła. Powiedziała, że mam wziąć rower, popędzić nim do karetki i gdzieś go porzucić. Ona go już znajdzie.
Miło.

#Lekcja6: Miej zawsze dokumenty i numery polis z ubezpieczenia gdzieś w pobliżu, pod ręką.

Jedziemy do najbliższego szpitala (oddalonego o ok. 60km!). Kierowca karetki swoimi kilkoma słowami, którymi władał po angielsku mnie uspokajał. Mówił, że mieliśmy szczęście w nieszczęściu i że zapewne szybko ze szpitala wyjdziemy.

W szpitalu Arka od razu biorą na badania. A ja zderzam się z rzeczywistością. Formalną rzeczywistością. Pani w rejestracji grzecznie mnie informuje, że to jest szpital prywatny i że za wszystko przyjdzie nam zapłacić!

OMG! No dobra, na rentgen, szycie nas stać. Ale co jak jakieś operacje będą niezbędne. Mówię Pani, że na wszystko się zgadzam i wszystkie koszty jakie będzie trzeba poniesiemy. W domyśle: „potem będziemy się martwić…”.

Jako, że już wtedy byliśmy członkiem Unii Europejskiej to nie powinno być większego problemu. Jeśli mielibyśmy ze sobą kartę Ekuz to by go nie było. Ale nie mieliśmy!! Tak, rzeczywiście na ten wyjazd jakoś potraciliśmy głowy i nie wyrobiliśmy tych kart. A wiem przecież, że powinnam mieć…

Po wielu próbach udaje mi się w końcu dodzwonić do ubezpieczalni. Ubezpieczenie dodatkowe wykupiliśmy wraz z kupnem biletów lotniczych Ryanair (przynajmniej tyle zrobiliśmy zachowawczo). Nie miałam nawet pojęcia co ta polisa zawiera i czy mi coś da. Nigdy wcześniej nie przyszło mi z takich ubezpieczeń korzystać, więc nie przykładałam do nich większej wagi. To się po tym wyjeździe drastycznie zmieniło. Ostatecznie ubezpieczalnia wzięła sprawę na siebie. Już sami się z Panią ze szpitalnej rejestracji w Hiszpanii kontaktowali i przesłali wszystkie niezbędne dane. Mieli też przesłać w najbliższe dni kartę Ekuz Arka. Uff.

#Lekcja7: Jadąc za granicę w ramach UE zabieraj zawsze ze sobą kartę Ekuz. Jadąc poza UE zawsze wykupuj porządne ubezpieczenie zdrowotne.

Ja czekałam i czekałam w poczekalni. Wtedy dopiero do mnie dotarło, że jestem w tym szpitalu w stroju kąpielowym, na który narzuconą miałam przykrótkawą sukieneczkę miniówę. Taką adekwatną tylko i wyłącznie na plażę. Byłam też cała z piasku… Ewidentnie wyróżniałam się z tłumu.

Ostatecznie Arkowi zrobili rentgen, zbadali, zszyli. Oprócz wielkiej dziury, miał uszkodzoną kość i zatoki. Miał autentycznie szczęście w nieszczęściu, bo deska wbiła się na 2-3 centymetry powyżej oka. Po kilku godzinach został wypisany „do domu”. Czyli z powrotem na camping.

Rekonwalescencja posuwała się na szczęście bardzo szybko. Jedynie wygląd Arka z dnia na dzień był…ciekawszy. 😉 Wyglądał trochę jak pokrzyżowanie pirata z zombie. Oko zaklejone opatrunkami i pół twarzy spuchnięte i posiniaczone. Zdjęcia z tych wakacji są … jednostronne. Arek się zawsze ustawiał tą lepszą (zdrową) stroną twarzy i obowiązkowo w okularach przeciwsłonecznych (niezależnie od pogody).

Czy to już koniec złej passy? Prawie. Nie może być przecież za łatwo. Hiszpania musi nas jeszcze po swojemu pożegnać.

Lot nielot

Jakoś już dotrwaliśmy do końca naszej niezapomnianej podróży. Tak, cieszymy się na powrót do domu! Czekają nas tam kolejne wizyty u lekarzy i walka (będzie to długa walka) o odpowiednie odszkodowanie.
W dniu odlotu odpowiednio wcześnie oddajemy auto i z dużym zapasem czasowym udajemy się na lotnisko. Coraz bliżej godziny odlotu i nic. Zero informacji o naszym locie. W końcu dowiadujemy się, że nasz lot jest odwołany i tego dnia nie ma już żadnego lotu, który mógłby nas zabrać. Najwcześniej jutro polecimy… Damn it! My już chcemy być w domu, aby… odpocząć!
Ten kto ma ubezpieczenie na wypadek odwołania lotu był proszony do osobnego okienka. Tak, takowe ubezpieczenie też jakimś cudem wykupiliśmy. Dostaniemy zapewniony nocleg w hotelu i transport do niego. Jechaliśmy ponad godzinę do naszego hotelu, który leżał nad morzem. Wszystko byłoby nawet ok. Ale… przejazd z hotelu na lotnisko już nie był zapewniony. A musieliśmy tam być już o 6 rano w niedzielę, kiedy żadna komunikacja nie jeździła. Jedyną opcją była… taksówka. Kosztowna taksówka (zapłaciliśmy koło 65 Euro za ten przejazd)!

Pieniądze za taksówkę nigdy nie odzyskaliśmy. Z firmą, przez którą wykupiliśmy ubezpieczenie (od odwołania lotu) nie dało się w żaden sposób skontaktować. Na ich stronie była tylko adnotacja, aby dokumenty i podanie w danej sprawie przesłać na podany adres. Tak zrobiliśmy. Nigdy nie uzyskaliśmy żadnej odpowiedzi. Firma ta już nie istnieje…

#Lekcja8: Bezpieczniej korzystać z usług znanych i dużych firm ubezpieczeniowych, z którymi kontakt nie jest w żaden sposób utrudniony.

Lessons learned

Teraz, po latach, wspominamy to wszystko z uśmiechem na twarzy. W myśl – co cię nie zabije to cię wzmocni i wzbogaci. Tak właśnie było w tym przypadku. Z tego wyjazdu wynieśliśmy duuuużo doświadczeń i lekcji na przyszłość. Przede wszystkim: od tego wyjazdu ubezpieczamy się już teraz zawsze i wszędzie. I bardzo dokładnie przyglądamy się warunkom ubezpieczenia. Niestety, ale u żadnej mniejszej i nieznanej firmie już nigdy ubezpieczenia nie wykupimy. Podobnie z wypożyczalnią samochodów – sprawdzamy ją przed wylotem kilkukrotnie i kontaktujemy się na wszelkie możliwe sposoby. Do tego loty planujemy już zawsze tak – aby godziny lądowania były za dnia i w razie problemów było wystarczająco dużo czasu na znalezienie rozwiązania/alternatywy.

Skorzystajcie z naszych błędów – niech będą dla Was przestrogą.

 



Udostępnij lub podziel się tekstem z kimś komu mogą się przydać nasze... wpadki, aby ich uniknąć 🙂
Polub nas na Facebooku, aby być na bieżąco 🙂